- Pewnie chce mi się pochwalić jakąś duuużą rybą - pomyślałam, szybko pstryknęłam zdjęcie i podeszłam do niego. Ryb w wiaderku nie zobaczyłam jednak żadnych. Za to na podstawie kolejnych gestów zrozumiałam, że widok mnie siedzącej na ziemi obudził w nim dżentelmena. Wędkarz bowiem postanowił odstąpić mi swoje krzesełko.
- Nie. Dziękuję - zaprotestowałam i w mieszance kilku języków wytłumaczyłam mu, że nie chcę siedzieć, że zatrzymałam się tylko na chwilę i że zaraz biegnę dalej.
- Mieszkasz w tym hotelu? - zaciekawiony wędkarz wymienił nazwę hotelu, stojącego tuż obok.
- Nie. W Arorze - gestem wskazałam oddalone o 2,5 km miejsce.
- I ty tu przybiegłaś?! - wędkarz nie mógł wyjść z podziwu, a ja... No przecież nie będę mu tłumaczyć, że taki dystans to żaden wyczyn, a i prędkość, z jaką się poruszałam nie była zawrotna. Tak, tak... W Turcji nadarzyła się wreszcie okazja, by przekonać się, że bieganie po plaży wcale nie jest tak przyjemne i bajecznie romantyczne, jak głoszą legendy.
Badając przed wyjazdem na wakacje, jak wygląda życie biegowe w Turcji, dowiedziałam się, że oprócz dwóch poważnych imprez (Intercontinental İstanbulEurasia Marathon – jedyna impreza biegowa na świecie rozgrywana na dwóch kontynentach – oraz International ÖGER-Antalya-Marathon „Runtalya”) w Turcji nie ma takich tradycji biegowych jak w naszym kraju. Nie ma tam mody na bieganie jaka ostatnio zapanowała w Polsce.
I faktycznie. Podczas tygodniowego pobytu w Kuşadası oprócz mnie i
męża widziałam tylko dwie biegające osoby. W obu przypadkach byli to
turyści. Więc cóż się dziwić wędkarzowi, że się zdziwił?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz