czwartek, 30 sierpnia 2018

integracyjna wyprawa off-road

Jeśli masz ochotę na ekstremalną i szaloną przygodę... Jeśli uwielbiasz prowadzić i jazda w trudnych warunkach nie doprowadza Cię do pasji a przeciwnie - fascynuje, wzbudza w Tobie pozytywne emocje i motywuje do dalszej drogi...
Obdarz siebie i najbliższych, podzielających Twe pasje, 3-godzinną wyprawą samochodem terenowym z instruktorem, który będzie czuwał nad Waszym bezpieczeństwem!
Podczas niej pokonacie różnorakie przeszkody - czeka Was trawersy, strome podjazdy i zjazdy, piaszczysty teren, lasy, użycie wyciągarki. Być może będziecie mieli za zadanie wybudowanie mostu z bali nad jarem lub przejedziecie przez bagna używając do tego wyciągarek oraz lin znajdujących się w samochodzie. Wszystko przed Wami!


Tak brzmi opis wyprawy off-road, jaką można odbyć m.in. w okolicach Krakowa. Gdyby ktokolwiek zapytał mnie, czy uwielbiam prowadzić i jazda w trudnych warunkach nie doprowadza mnie do pasji, a wręcz przeciwnie - fascynuje, wzbudza we mnie pozytywne emocje i motywuje do dalszej drogi, odpowiedziałabym zdecydowanie: nie, nie i jeszcze raz nie. Jestem beznadziejnym kierowcą, jazda samochodem mnie stresuje, a świadomość, że mam pasażerów na pokładzie - jeszcze bardziej. Z tego też powodu, gdy wybierałam atrakcję do zrealizowania i zrelacjonowania w trzecim etapie projektu "Chcę to przeżyć", przejażdżkę terenowym autem odrzuciłam na dzień dobry. A jednak... Gdy zmuszona zostałam do rezygnacji z lotu balonem i stanęłam przed ponownym wyborem przygody z Katalogu Marzeń, zdecydowałam się właśnie na wyprawę off-road. Dlaczego? Ano dlatego, że była to jedyna z dostępnych mi atrakcji, na którą mogłam ze sobą zabrać towarzyszy - męża oraz brata. Mogłam im w ten sposób odwdzięczyć się za wsparcie i pomoc, jakich mi udzielali na poszczególnych etapach projektu. Mogłam im zrekompensować "utratę" jednego dnia wakacji. Mogłam wreszcie im zagwarantować, że staną się nie tylko obserwatorami, ale i uczestnikami mojej przygody.

troje muszkieterów gotowych do integracji

I tak... 29-go sierpnia punkt 16.00 na parkingu przy karczmie Rohatyna (tak na marginesie, zlokalizowanej w przepięknym miejscu: nad Zalewem na Piaskach w Kryspinowie) cała nasza trójka powitała instruktora Mariusza, reprezentującego team Integracja 4x4. Zajechał po nas Toyotą Land Cruiserem.

Nazywam się Toyota. Toyota Land Cruiser.

Samochody te, z tego, co się zorientowałam, stanowią zasadnicze wyposażenie parku maszyn organizatora, są niesamowicie wytrzymałe i radzą sobie nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach. Ale nie to jest najważniejsze. O ofercie Integracji nie zamierzam się specjalnie rozpisywać. Chętni zawsze mogą sobie zajrzeć na stronę internetową www.integracja4x4.pl czy fanpage na FB, gdzie zaczerpną z pewnością bardziej rzetelnych informacji, niż mogłabym udzielić ja. Co natomiast sprawiło, że wyprawę off-road uznałam za udaną?


(na dowód, że gęba mi się cieszyła, załączam jedno z ujęć)

1. Organizacja przebiegała bez zarzutu. Mariusz - organizator i instruktor w jednej osobie - bardzo szybko odpowiedział na moją wiadomość z propozycją terminu wyprawy, mimo iż przebywał na urlopie. Niezwłocznie odpowiadał na wszelkie moje SMS-y i zapytania, wiedząc o moich ograniczeniach terminowych, potrafił być elastyczny. W umówionym miejscu stawił się punktualnie, natomiast imprezę zakończył nieco po czasie - tak, żebym po drodze miała możliwość zrobienia zdjęć i nakręcenia filmików do relacji. Zresztą... Sam niejednokrotnie podpowiadał mi miejsca do ciekawych ujęć.

Mariusz, fura i zachód słońca

2. O bezpieczeństwo nie bałam się ani przez moment. W drodze na Jurę Krakowsko-Częstochowską Mariusz udzielił chłopakom wyczerpującego i przystępnego instruktażu na temat specyfiki prowadzenia samochodu terenowego. Było coś o sprzęgle, o trzymaniu rąk na kierownicy, o wykonywaniu nią obrotów, o ramie, o napędzie, o reduktorze... Tylko błagam, nie pytajcie mnie o szczegóły. Wiedząc, że za kierownicą siedzieć nie będę, nie skupiałam się na tym za bardzo ;) Grunt, że Marcin i Piter, którzy mieli zmienić Mariusza na miejscu kierowcy, bez problemu przyswoili wiedzę.

Oto, czym się zajmowałam, gdy Mariusz udzielał instruktażu ;)

3. W wyprawie off-roadowej liczą się nie tylko przeszkody i pokonująca je maszyna, ale również walory krajoznawcze. Mariusz zadbał więc o to, abyśmy zaczerpnęli trochę wiedzy na temat Jury - zarówno historycznej, jak i przyrodniczej. Wciąż opowiadał nam jakieś ciekawostki i anegdoty. Pokazał nam przepiękne pole golfowe.


("Mam tu dla ciebie takie bonusowe ujęcie" - oznajmił Mariusz, pokazując mi znalezioną piłeczkę golfową. Ujęcie jest, a i piłeczka została na pamiątkę.)

Muszę przyznać, że niejednokrotnie zazdrościłam mu podzielności uwagi. Prowadzić ożywioną rozmowę, jednocześnie kontrolując bezpieczeństwa na drodze i udzielając rad początkującym kierowcom terenowym - łał...

Przy pomniku upamiętniającym powstańców walczących przeciw Moskalom.


4. "Nie martwcie się o lakier na karoserii!" - zasugerował na początku wyprawy Mariusz. Tę lekcję Piter i Marcin przyswoili bardzo dobrze. Wreszcie dostali samochód, o który nie musieli się martwić tak bardzo jak o swój. To jednak, że nie musieli się martwić o lakier na karoserii, nie oznaczało, że nie muszą martwić się o nic. Konieczność pokonywania różnorodnych przeszkód przy równoczesnym dbaniu o bezpieczeństwo pasażerów z pewnością podniosła im poziom adrenaliny.

Proszę państwa, oto Miś...

A oto Piter tuż przed akcją.

5. Ja jako pasażer poziom tej adrenaliny z pewnością miałam nieco niższy, ale i tak podczas naszej wyprawy nie nudziłam się ani trochę. Podziwiałam widoki, słuchałam opowieści Mariusza, podpatrywałam, jak Piter i Marcin walczą z żywiołem, a w pogoni za ujęciami do relacji niejednokrotnie spociłam się tak jak chłopaki za kierownicą.


("Ojej... Jaka fajna ambona. Zatrzymajmy się! Zrobiłabym jakieś fajne ujęcie...")

Kamera! Poszła! Akcja! Oby tylko z tych wszystkich ujęć wyszło coś fajnego...

1 komentarz: