wtorek, 9 stycznia 2018

zwierzyniec

Przełom grudnia i stycznia to czas robienia z jednej strony podsumowań, a z drugiej - noworocznych postanowień. Muszę przyznać, że w obu jestem dosyć słaba. Bo z jednej strony nie lubię rozdrapywać ran, myśleć o tym, co mogłam zrobić lepiej i zastanawiać się, co by było gdyby... A z drugiej - wolę improwizować, układać plany pod bieżącą sytuację i nie żałować w połowie czy pod koniec roku, że nie udało mi się zrealizować czegoś, co wpisałam sobie w kalendarz zaraz po sylwestrze.

Ot, na przykład... Jeszcze 1-go stycznia nie miałam żadnych planów startowych na pierwszy weekend 2018 roku. Owszem, wiedziałam, że w Święto Trzech Króli mam wolne i choćby się waliło i paliło, nikt mnie do pracy nie ściągnie. Owszem, wiedziałam, że jak zawsze tego dnia odbywa się sztafeta 10k Parking Relay (5x2km  po podziemnym parkingu Centrum Handlowego Arkadia). Owszem, uwielbiam takie drużynowe bieganie, lubię czasem zmusić ciało do krótszego, acz szybszego biegu, urzeka mnie egzotyka tego nietypowego dla zawodów miejsca... Owszem, wiem, że to również doskonała okazja do spotkania ze znajomymi  z innych drużyn i złożenia sobie życzeń noworocznych. Ale... Jak to mawia mój kolega, to nie są tanie rzeczy. 200 zł za 5-osobowy team? Cóż... Nie miałam śmiałości nikogo namawiać. To moim zdaniem trochę zbyt wysoka opłata.

No ale... Bywa się czasem wolontariuszką na biegowych imprezach, to ma się znajomości. Gdy w Nowy Rok wracałam z balu sylwestrowego w Starachowicach, zapikał mój telefon. Paweł z ENTRE Timing (organizator 10k Parking Relay) zaproponował mnie i mojemu zespołowi bezpłatny udział w zawodach. A że dobrym znajomym się nie odmawia... Krótka piłka. Następnego dnia drużyna była skompletowana, zarejestrowana, a zmiany - przydzielone. 10k Parking Relay wypełniło niespodziewanie pustą kartkę kalendarza.

Jako "biegaczka wielopartyjna" (Zabiegani po Uszy, Biegam na Tarchominie, Adidas Runners Warsaw, w tym roku miałam też okazję zadebiutować na treningach RozpędzONYCH - grupy tarchomińskich biegaczek trenowanych przez Izę Parszczyńską) mogłam wybierać i przebierać. Chciałam, żeby było fajnie, wesoło, bez napinki i niekoniecznie z prędkością światła. Wybór padł na BNT. Jola Warzecha, Dorota Kosewska, Ewa Kiec, Sławek Jamski - moja drużyna swoją obecnością zmotywowała mnie nie tylko do biegania z wywieszonym językiem, ale również do zamieszczenia wpisu na blogu po ponad 6 miesiącach przerwy i do zrobienia swoistego podsumowania drugiego półrocza 2017 roku.

Pierwsza do drużyny zgłosiła się Jola. Ale to nie dlatego przyznałam jej pierwszą zmianę. Jak to napisałam w fejsbukowej grupie BNT... Tak sobie myślałam, że w naszej drużynie biegną same żółwiki, ale... według organizatora w każdej drużynie biegnie cały zwierzyniec. Postanowiłam więc przy doborze zmian posłużyć się zupełnie niesportowym kluczem.

Biorąc pod uwagę codzienne zmagania Cheerry Blossomgirl z przedszkolakami.... No kto najsprawniej przepcha się w tłumie i wypracuje dobre miejsce dla swojej drużyny? No kto?

Dorota Kosewska, niestety nie ma LWA. Chwilowo musiałam Ci zmienić znak zodiaku.

Jakie jest zadanie koguta? Nie mam pojęcia. A zatem to idealne miejsce dla mnie.
Siła i niezależność. Sama o sobie z pewnością twierdzi inaczej, a ja tam uważam, że to cała Ewa Kiec.
Dostojny, niezależny, agresywny, szybki - no takie rzeczy to może tylko nasz jedyny rodzynek w drużynie Sławomir Jamski.

No więc... 

foto by "W obiektywie Ewy Kiec"
Jola biega w BNT niemal od zarania dziejów. Znamy się więc od bardzo dawna. Pisząc o jej przepychaniu się, dobrze wiedziałam, że to będzie walka fair play, a nie chamskie rozpychanie się łokciami. Dobrze wiedziałam, że po prostu Jola da z siebie wszystko, by wypracować dla drużyny jak najlepszą pozycję. Tytuł "najfajniejszej osoby w BNT", który Jola zdobywała w ciągu ostatnich dwóch lat, zobowiązuje przecież.

Z Jolą w zeszłym roku spotykałyśmy się na wielu biegowych (i niebiegowych) imprezach. Czasem na metę wpadała ciut przede mną, czasem ciut za mną. Najmilej jednak wspominam Białołęcki Bieg Niepodległości (11.11.2017). Jola miała już w nogach 10 km Biegu Niepodległości w Nieporęcie, ja - 10 km głównego warszawskiego Biegu Niepodległości. 5 km po lasach Choszczówki potraktowałyśmy więc z paroma osobami towarzysko i spędziłyśmy ten czas na miłych pogaduchach, biegnąc ramię w ramię..

Wracając do sztafety... Jadąc do Arkadii, rozmawiałyśmy z Jolą o szybkim bieganiu. Obie jesteśmy raczej typem wytrzymałościowca. Pierwsze 2 km to dla nas często dopiero rozruch i wstęp do przyśpieszenia. Tymczasem w sobotę pierwsze dwa kilometry były zarazem dwoma ostatnimi i od razu trzeba było biec, ile fabryka dała. Ostatecznie Jola ku swojemu ogromnemu zdumieniu swoją część pokonała najszybciej. Bo taka już jest. Gdy biega indywidualnie, daje z siebie 100 procent, gdy biega dla teamu - daje z siebie procent 200.


foto by "W obiektywie Ewy Kiec"
Dorotę z całej naszej drużyny znam najkrócej i, co za tym idzie, najsłabiej. Nie przeszkodziło mi to jednak właśnie jej zaproponować ostatnie wolne miejsce. Bardzo często startowałyśmy w zeszłym roku w tych samych biegach (zwłaszcza lokalnych, jak Bieg przez Most, 17.09.2017 czy Białołęcki Bieg Wolności, 10.12.2017) i to mi wystarczyło, by mieć pewność, że do naszej sztafety pasować będzie idealnie.

Zbyt krótka znajomość była jednak dla mnie problemem przy dobraniu dla Doroty zmiany. Jedyny "klucz", jaki przyszedł mi do głowy, to znak zodiaku (przepraszam za fejsbukową inwigilację). No cóż... Zodiakalny Lew na potrzeby sztafety został Bykiem. Bykiem, który pobiegł po byku i pokazał lwi pazur. Zwłaszcza, że... Gdy wypisywałam w biurze zawodów deklarację, Dorota (oprócz dnia i miesiąca, które znałam z fejsa) musiała mi zdradzić również swój rok urodzenia. I... Kopara mi opadła. Może nie powinnam zdradzać takich sekretów, ale... Czy wiecie, że ta laseczka uczesana w dwa warkocze od tego roku przestaje biegać ze mną w kategorii K-40?

Proszę Państwa, oto Kogut. Koguta na razie pomińmy milczeniem.

foto by "W obiektywie Ewy Kiec"

foto by "W obiektywie Ewy Kiec"
Ewę znam niemal od takich samych zarania dziejów, co Jolę. Nasza Wilczyca na samym początku swej przygody z BNT w ogóle nie chciała słyszeć o bieganiu, a na czwartkowe spotkania przychodziła tylko po to, by robić nam zdjęcia. Z czasem jednak złapała bakcyla. Systematyczne treningi i zwiększanie kilometrażu doprowadziły ją do niesamowitych wyników, które zawstydziły niejedną osobę, w tym mnie.

Ostatnimi czasy z ust Ewy nieustająco daje się słyszeć: "nie trenuję, nie biegam". A jednak, jak przychodzi co do czego... Ja trenuję i biegam, a w Biegu na Piątkę uzyskuję czas 26:12. Ewa nie trenuje i nie biega, a ten sam bieg kończy z wynikiem 26.01. Ja trenuję i biegam, a w Biegu Niepodległości uzyskuję czas 56:16. Ewa nie trenuje i nie biega, a ten sam bieg kończy z wynikiem 55:47. Ja trenuję i biegam, lecz po wyjściu z kontuzji mam lęki, by pobiec coś powyżej 10 km. Ewa nie trenuje i nie biega, ciągle imają jej się jakieś dolegliwości, a potem w ramach prezentu na 40. urodziny jedzie na Łemkowynę Ultra-Trail i bez żadnych przygotowań kończy bieg na 70 km, za co przez biegaczy BNT okrzyknięta zostaje "odkryciem roku 2017".


A fotograficzne zacięcie Ewy? Jak widać na załączonych zdjęciach, Ewa nie tylko (mimo choroby i zażywanych antybiotyków) pomogła drużynie pobiec poniżej zadeklarowanego czasu, ale również zadbała, by to wszystko upamiętnić w swoich kadrach. Bo silne i niezależne Wilczyce potrafią z sukcesem łączyć wiele pasji.

foto by "W obiektywie Ewy Kiec"
"Gosia, przyzwyczajony jestem do oglądania twoich pleców, więc skoro stoisz na czele, to się piszę " - w ten oto sposób do drużyny zgłosił się Sławek. I nie będę kurtuazyjnie zaprzeczać. W zeszłym roku ze trzy razy pokazałam Sławkowi swoje plecy. O Wieliszewskim Crossingu już pisałam (tutaj), o Biegu przez Most pewnie już raczej pisać nie będę, a o Biegu na Piątkę (24.09.2017) napiszę teraz.

Bieg na Piątkę to bieg towarzyszący Maratonowi Warszawskiemu. Sponsorem technicznym całej imprezy jest Adidas. Dlatego też w Adidas Runners Warsaw przygotowywaliśmy się do niej pieczołowicie. Klub zorganizował nam specjalny cykl treningowy dedykowany Biegowi na Piątkę. Osoby początkujące odbierały solidną dawkę motywacji i ćwiczeń doskonalących u Julity Koteckiej, Izy Parszczyńskiej i Tosi Białej, a osoby średnio zaawansowane i zaawansowane miały niesamowite i pełne zaangażowania wsparcie Edyty i Huberta Duklanowskich (Duklanowski Team) oraz Kamila Jastrzębskiego. Biegacze, którzy wychodzili odpowiednią ilość treningów, dostawali od ARW klubowe koszulki i pakiety startowe, w przeddzień biegu zorganizowane mieli ANTIPASTI PARTY (bo carbo-loading musi być), a w dzień biegu w miasteczku biegacza do dyspozycji mieli swoją własną strefę, gdzie przed startem skorzystać mogli z depozytu, po starcie zaś mogli się napić, posilić, podzielić wrażeniami oraz porobić sobie zdjęcia i GIFy na specjalnie przygotowanych ściankach.

Po zostawieniu rzeczy w depozycie i zrobieniu rozgrzewki udałam się na start. Po drodze spotkałam Sławka i jego żonę Roksanę. Zgadaliśmy się, że Roksi prowadzić będzie Sławka na taki mniej więcej czas, jaki i ja chciałabym nabiegać. Wystartowaliśmy więc razem. Dość szybko zrezygnowałam jednak z ich towarzystwa. Jak już pisałam, rozkręcam się dopiero po około 2 km. Ponadto na treningach ARW wpajane miałam raczej bieganie w tempie narastającym. Sławek i Roksi ruszyli jak dla mnie zdecydowanie za szybko. Nie minął kilometr, a pogodziłam się z tym, że tego dnia to ja oglądać będę plecy Sławka.

Tak więc biegłam sama. Swoje i po swojemu. Ze względu na deszcz nie zabrałam ze sobą telefonu, nie miałam uruchomionej żadnej aplikacji i tylko stoper pokazywał mi, że sukcesywnie przyśpieszam. Na ostatnim kilometrze niespodziewanie tuż przede mną wyłoniły się charakterystyczne  BNT-owskie zielone koszulki Sławka i Roksany. "Cześć, Roksi! Cześć, Sławek!" - pomachałam im. A chwilę później to oni podziwiali tył mojej nowej koralowej koszulki ARW. "Dawaj, Sławek! Szybciej! - próbowała motywować Roksi. - Skoro ona może, to ty też!" Sławek jednak już nie mógł. Ostatecznie tamtego dnia  ja wykręciłam swój najlepszy zeszłoroczny czas na piątkę, a Sławek zrobił nową życiówkę. Bez względu na kolejność na mecie każde z nas było zadowolone.

Wracając do teraźniejszości... Każda z dziewczyn z naszej sztafety powie bez wahania, że Sławek jest dobrym mężem, wspaniałym ojcem, uczynnym kolegą... Nie będę ukrywać, że dla mnie jest on także moim prywatnym odkryciem roku 2017. Sporo rozmawialiśmy podczas ogniska, które odbyło się po II Maratonie BNT, organizowanym w Parku Młocińskim przez Natalię Tejchmę i Pawła Żuka (15.07.2017). W paru sprawach mnie kompletnie zaskoczył, ale zdradzić mogę tylko tyle, że Sławek jest nie tylko mężem Roksi, tatą Borysa, kolegą tych czy owych, ale po prostu (a może przede wszystkim) sobą, Sławkiem Jamskim - osobą niekoniecznie szybką, nie za bardzo agresywną, ale z pewnością taką, na którą choć czasami powinno spojrzeć się indywidualnie, niezależnie od żadnych korelacji. 

Dnia 06.01.2018 roku Sławek - choć bardziej niż dzikiego tygrysa przypomina Tygryska z "Kubusia Puchatka" - wykręcił na 2 km dokładnie, co do sekundy taki sam czas jak ja. Gdybyśmy biegli w normalnych, "niesztafetowych" warunkach, nie musiałby już oglądać moich pleców. 

foto by Wójt Paweł Kownacki

A kogucik? Jakie jest w końcu zadanie kogucika?
Kogut stroszy swoje kolorowe piórka, dumnie wypina pierś, zagarnia pod skrzydła swoje kurki i głośno pieje nad nimi z zachwytu.




Na zakończenie muszę jeszcze dodać, że sztafeta nie była dla mnie jedynym bodźcem, by coś wreszcie skrobnąć. Niedawno Radek Selke, znany mi i innym warszawskim biegaczom maratończyk z grupy biegowej MORT!, poprosił mnie o napisanie opinii na temat opublikowanych przez siebie wspomnień (https://ridero.eu/pl/books/dlugi_dystans/). Opinia na tyle spodobała się autorowi, że postanowił ją zamieścić na okładce swojej książki. Po kilku skrótach i poprawkach ustaliliśmy, co następuje: "Długi dystans" pokazuje, w jak ciekawy sposób pogodzić ojcostwo z pasją. Jak biegacz może stać się lepszym ojcem, a ojciec - lepszym biegaczem. Małgorzata Roszkowska-Kazała (blogerka, Wielkaimprowizacja.blogspot.com). Ta "blogerka" to, oczywiście, pomysł Radka. Ja z zasady nie poczuwam się do takich szumnych określeń. Zwłaszcza wówczas, gdy pisuję rzadko i nieregularnie (ostatni wpis - pół roku temu; wstyd jak beret). Przyznałam się Radkowi do swoich obaw, jednak z braku lepszej etykiety przystałam na tę. "Może to mnie wreszcie zmotywuje do pisania" - stwierdziłam i... Ta-dam! Ku-ku-ry-ku! Oto jestem.

środa, 28 czerwca 2017

nowo narodzona

No więc na czym to ja stanęłam? Pochwaliłam się ostatnio, że dzielnie trenuję i w stosunku do zeszłego roku odnotowuję progres. Poprawiłam czasy, opanowałam wreszcie swoje stopy...
Co się wydarzyło od poprzedniego wpisu? Pod koniec maja zrobiłam sobie wycieczkę do Aradu w Rumunii i ukończyłam tam pierwszy od roku półmaraton (z relacją wciąż nie mogę się uporać, a z pewnością zasługuje na osobny wpis). Czerwiec zaś przebiegał pod znakiem walki z demonami przeszłości - pod znakiem kończenia biegów i cykli, w których w zeszłym roku przez kontuzję (mimo iż byłam zapisana i opłacona) nie udało mi się wziąć udziału.

04.06.2017

Najpierw był charytatywny Memoriał im. Zofii Morawskiej, organizowany przez Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Uczestnicy mieli do dyspozycji 90 minut i pętlę o długości 3,3 km. Rzecz polegała na tym, by w regulaminowym limicie wykręcić jak najwięcej kółek, bo za każde sponsor zapłacić miał na rzecz podopiecznych towarzystwa 20 zł. Mnie i Piterowi - zgodnie z planem - udało się przebiec po 4 kółka (na trasie zdublowała nas m.in. brązowa medalistka z Rio - Oktawia Nowacka). Łącznie zaś uczestnicy wykonali ponad 1200 okrążeń. Super impreza, super organizacja, super biegacze, super sprawa, super zastrzyk gotówki dla potrzebujących.



07.06.2017

Później była 3. runda GP Żoliborza (10 km). Bieg miał się odbyć na wymagającej, pełnej podbiegów trasie wokół Cytadeli. Niestety ze względu na remont obiektu powtórzona została trasa z rundy drugiej - Bulwary Wiślane. Jak już napisałam na FB, bawię się w ten cykl od 2013 roku. Najpierw byłam zwykłą uczestniczką, potem również wolontariuszką, a nawet członkiem ekipy organizującej bieg. Podczas rundy kończącej tegoroczny cykl ogarnęło mnie przeczucie, że coś się kończy. To już nie jest ta sama impreza co kiedyś...

foto by Andrzej Chomczyk. Sztuka Kadru

10.06.2017

Jeszcze później był Bieg Marszałka w Sulejówku. Że zacytuję swojego własnego Facebooka: "BIEG MARSZAŁKA, 10 km. Tu zawsze jest świetna zabawa i gorąca atmosfera. Nie tylko za sprawą pogody :)". A był to taki dzień:

koszulka techniczna z magiczną datą 10.06;
mnóstwo gości (nie tylko krewnych i znajomych),
na 10 kilometrowej trasie wypas: wspaniali kibice + 3 punkty z wodą (2 oficjalne i 1 od mieszkańców) + 4 kurtyny wodne (2 oficjalne i 2 od mieszkańców) × 3 okrążenia;
na mecie znowu dużo wody (nawet takiej z cytrynką i pomarańczą), medal i rzutem na taśmę złamana godzina (oj bardzo nie chciało się przebierać nóżkami w ten upał, oj bardzo);
wypasiona uczta: tradycyjnie chleb ze smalcem i małosolnymi, grochówka, ciasto, herbatka i kawka (z ekspresu przelewowego od Woseby);
kiermasz ciast i miejscowe lody (jakby komuś nie wystarczył poczęstunek od organizatora);
fotobudka, koncerty i wiele innych atrakcji...
X Bieg Marszałka w Sulejówku. Taką piękną imprezę imieninową miałam :)





25.06.2017

A najpóźniej była 3. runda Wieliszewskiego Crossingu. Muszę przyznać, że podeszłam do niej z pewną taką nieśmiałością. Wieliszewska Trasa Crossowa, którą organizator w tym roku postanowił zafundować nam latem, to trasa z całego cyklu najdłuższa (około 13,5 km - niby nie tak wiele, ale mnie aktualnie wszystko powyżej 10 km napawa lękiem) i najtrudniejsza (Endomondo pokazuje: łącznie w górę 242 m, łącznie w dół 255 m, a wszystko to, nie licząc pierwszego i ostatniego kilometra po asfalcie, leśnymi dróżkami - mchy, paprocie, wystające korzenie, kamienie, gdzieniegdzie piaskownica). No i pogoda... Przed startem - niby chmurka, niby rześki wiaterek, ale jak tylko ruszyliśmy, powietrze zdawało się stanąć w miejscu, zrobiło się parno i duszno, a słońce wyglądające od czasu do czasu zza chmurki przypominało, że parę dni temu zaczęło się lato.



Ruszyłam spokojnie, bez szaleństw. Zobaczyłam plecy Ani, koleżanki z Adidas Runners Warsaw... Przez jakiś czas biegłam w grupie z mężem, bratem, Michałem i Olą. Gdzieś w naszym pobliżu biegł również kolega z Tarchomina, Sławek. Naiwnie myślałam, że pobiegniemy tak razem dla zabawy do samego końca, ale... Jako pierwszy od grupy oderwał się Piter. Potem, za jakiś mniej więcej kilometr, odskoczyła Ola z Marcinem. Zerwał się również Michał, który postanowił ich dopędzić. "Wygląda na to, że z naszego teamu jak zwykle przybiegnę ostatnia" - pomyślałam i przyspieszyłam odrobinę. Wyprzedziłam jedną osobę, drugą... I w tym momencie odezwał się zdrowy rozsądek: "Prrr... szalona, przed tobą jeszcze jakieś 11 km". Uspokoiłam tempo, uspokoiłam oddech i... za parędziesiąt metrów minęłam Michała. Pościg za Olą i Marcinem kosztował go tak wiele, że musiał przejść do marszu. Tym bardziej uspokoiłam tempo, tym bardziej uspokoiłam oddech. Nie chciałam podzielić losu Michała.


foto by Przetarty Szlak

Tak więc... Wszyscy moi znajomi byli daleko przede mną, Michał był już daleko za mną, wokół mnie biegli sami obcy... Wróć. Prawie sami obcy. Od samego początku, to z przodu, to z tyłu, gdzieś w pobliżu mnie majaczyła sylwetka Sławka. Jego obecność mnie motywowała i dodawała otuchy, a jego zielona koszulka BNT działała trochę jak czerwona płachta na byka: gdy ją widziałam przed sobą, musiałam nacierać.



Sławek - maj hiroł, foto by Przetarty Szlak

Na tej zabawie ze Sławkiem niepostrzeżenie mijały kolejne kilometry. Nie licząc krótkiego postoju przy basenie (chwała zań organizatorom!), ani na moment nie przeszłam do marszu. Nawet najgorsze podbiegi, gdy większość szła, ja pokonywałam w truchcie. Wolnym, bo wolnym, ale truchcie. Stuknął mi w ten sposób już dziewiąty, a może nawet dziesiąty kilometr, gdy między drzewami mignęły mi AeRowe koszulki Ani i koleżanki z Adidas Runners Warsaw oraz rzeźnicka koszulka Oli.
- Ola, coś się stało? - zapytałam.
- Umarłam - usłyszałam w odpowiedzi i pobiegłam dalej. Minęłam koleżankę z ARW i Anię, za sobą zostawiłam też Sławka.

Ostatni kilometr to powrót na asfalt. Zmiana nawierzchni z miękkiej na twardą, brak drzew rzucających cień i delikatny podbieg ciągnący się niemal do samej mety nie sprzyjały finiszowi. Mozolnie stawiałam krok za krokiem...
- Ciśnij! - wyprzedzając zachęcał mnie Sławek.
- Nie mam siły - wycharczałam i znów przed sobą zobaczyłam jego zieloną koszulkę.

- Jak ta dziewczyna w różowym wolno biegnie... Może by ja tak łyknąć? - tuż przed ostatnim zakrętem znowu odżyłam. Łyknęłam wspomnianą dziewczynę, dogoniłam Sławka i na ostatnich dwóch metrach zdołałam się jeszcze wpakować przed niego na metę. Moja mina na zdjęciu mówi wszystko. Miny Pitera i Marcina, którzy na mecie zobaczyli mnie przed Anią, Olą i Michałem, też były bezcenne. Bo przecież ostatnimi czasy to ja kazałam na siebie najdłużej czekać.




Czytałam potem w domu na fejsie, jak różnych znajomych sponiewierała ta trasa i ta pogoda, jak umierali, jak zaliczali zgony... A ja... po krótkim odpoczynku wsiadłam na rower, pojechałam na BODYBALANCE porozciągać się na wszystkie możliwe strony, wypiłam buteleczkę BCAA, którą podarował mi instruktor... Kebab zjedzony na kolację smakował jak nigdy, a ja czułam się jak nowo narodzona. I niby wiem, że w moim bieganiu wciąż nie ma szału, a mojej formie wciąż brakuje błysku, ale w tej chwili najważniejsze jest to, że ćwiczenia na rozcięgna podeszwowe przygotowane przez ProReh i wkładki ortopedyczne, których używam podczas treningów, przyniosły właściwe rezultaty. Moje stopy też czują się jak nowo narodzone.

środa, 17 maja 2017

kilka kadrów z II Biegu Pilicy

W zeszłym roku w miejscowości, w której dorastał mój mąż (czyli w Białobrzegach Radomskich), miała miejsce pierwsza edycja 10-kilometrowego Biegu Pilicy (pisałam o nim gdzieś tutaj). Impreza była na tyle udana, że w tym roku, 14 maja, również postanowiliśmy połączyć rodzinną wizytę z imprezą biegową.

Tegoroczne zawody wzbogacone zostały o Mały Bieg Pilicy i Marsz Nordic Walking (3 km). Reszta pozostała bez zmian: trasa składała się z dwóch 5-kilometrowych okrążeń wiodących dobrze mi znanymi uliczkami miasta, słońce przypiekało bezlitośnie, organizacja stała na wysokim poziomie, pakiet startowy był niedrogi (cena wywoławcza 25 zł), kupon na grochówkę oddałam mężowi, a największą nagrodą po biegu (nie licząc medalu) była możliwość odwiedzenia miejscowej lodziarni. Kupon na jedną gałkę lodów znajdował się w pakiecie, za pozostałe trzy dopłaciłam bez mrugnięcia okiem.

Start biegu głównego przewidziany był na 11.00. W okolicach linii startu pojawiliśmy się jednak już około 8.45. Bynajmniej nie dlatego, że aż tyle czasu potrzebowaliśmy na ogarnięcie biura zawodów i przeprowadzenie rozgrzewki. Po prostu... Tak jak i rok temu start biegu głównego poprzedziły dziecięce Biegi Kolorowe: "niebieski" (200 m) dla przedszkolaków, "żółty" (400 m) dla uczniów klas 1-3 szkół podstawowych, "czerwony" (800 m) dla uczniów klas 4-6 oraz "zielony" (1500 m) dla gimnazjalistów. Na pierwszym z dystansów wystartowały najpierw Ola i Tosia, a potem - Adaś, Jaś i Staś, czyli całkiem pokaźna gromada siostrzenic i siostrzeńców Piotrka.

Szczerze mówiąc jakoś nie mam weny, by Bieg Pilicy opisywać krok po kroku czy nawet kilometr po kilometrze. Niemniej... Zachowałam w pamięci kilka kadrów, które - zupełnie przypadkiem - ktoś uwiecznił na fotografiach, i jakoś szkoda mi było nie podzielić się nimi.

BIEG NIEBIESKI - DZIEWCZYNKI

foto by RadomSport.pl

Zwyczaj jest taki, że najmłodsze dzieci startują wraz z opiekunami. Dzień wcześniej Tosia zadecydowała, że to ja, a nie tata, będę biegła razem z nią. W dniu zawodów Tosia była tak pełna energii, że... jak to dziecko... przewróciła się w trakcie "rozgrzewki". Ta wywrotka trochę ostudziła jej zapał. Przez prawie cały bieg musiałam trzymać ją za rękę, a ona szła na szarym końcu wpatrzona w kostkę brukową, szurając i powłócząc nogami. Niedaleko mety zobaczyłyśmy jej sporo młodszą kuzynkę Olę.
- No wiesz... Nawet Ola jest szybsza od ciebie - przed ostatnim zakrętem próbowałam zagrzać Tosię do walki o przedostatnie miejsce. Tego akurat nie trzeba było jej dwa razy powtarzać. Tosia zerwała się do finiszu i nagle okazało się, że naprawdę potrafi całkiem szybko biegać.

BIEG NIEBIESKI - CHŁOPCY

foto by RadomSport.pl

Ten lanser w czerwono-czarnym stroju, okularach i żółtych adidasach to Adaś - starszy brat Tosi. W przeciwieństwie do Tosi Adaś bardzo nie chciał być na szarym końcu, od samego początku miał zamiar się ścigać, no i mowy być nie mogło o trzymaniu za rączkę. "Będę biegł sam" - oznajmił wujkowi Piotrkowi. Zresztą... jak widać na załączonym obrazku... wujek ledwo za nim nadążał ;)

PAKIETY STARTOWE

foto by przypadkowy przebiegacz

Niektórzy biegacze rozczarowani byli, że pakiety startowe nie zawierały koszulek. My jakoś nie. Po pierwsze: nikt ich w regulaminie nie obiecywał. Po drugie: biegowe T-shirty już od dawna wysypują nam się z szafy. Po trzecie: i tak zamierzaliśmy się lansować w swoich świeżo zdobytych koszulkach Adidas Runners Warsaw. Po czwarte: zamiast koszulek wszyscy uczestnicy dostali biegowe czapeczki. Z pewnością się przydadzą, bo jak widać - od wielu lat wciąż biegam w tej samej.
PS. Za nami "oficjalna" kurtyna wodna. Ale na trasie były również takie "nieoficjalne", przygotowane przez mieszkańców. Chyba wszyscy biegacze byli nimi... (u)rzeczeni.

PRZED STARTEM

selfie by Kasia Wiśniewska

Nie pobiegli w biegu głównym nasi krewni z Białobrzegów. Nie pobiegli w biegu głównym nasi tutejsi znajomi. Ale na ekipę z Warszawy zawsze można liczyć. Nawet 70 km od domu.

BIEG

foto by RadomSport.pl
Bieg jak bieg. Jak już pisałam, trasa składała się z dwóch 5-kilometrowych okrążeń wiodących dobrze mi znanymi uliczkami miasta, słońce przypiekało bezlitośnie... Gdzieś między trzecim a czwartym kilometrem dołączyła do mnie obstawa. 
Pan po mojej lewej - niezwykle uprzejmy. Biegł tak sobie obok mnie, czasem zagaił (temat zasadniczy - Endomondo; moje uparcie oznajmiało mi przebiegnięty kilometr nawet do 200 m przed oficjalnym oznaczeniem, panu - wręcz przeciwnie)... Widać podpasowało mu moje tempo, a moja obecność go motywowała. I wzajemnie. W paru krytycznych momentach nie odpuszczałam, żeby go tylko nie zgubić.
Pan numer dwa - bez komentarza. Kawałek jego nogi i pomarańczowej koszulki wystaje zza mnie i zza pana nr 1. Ot, jak schował się za naszymi plecami gdzieś między trzecim a czwartym kilometrem, tak dowiózł się na nich do samej mety. No... Prawie do samej mety.




META

foto by datasport.pl
Zobaczywszy chorągiewkę z oznaczeniem dziewiątego kilometra, odnalazłam w sobie jeszcze na tyle dużo sił, by przyśpieszyć. Tu urwałam się mojej obstawie. Pana w pomarańczowej koszulce nie miałam już okazji zobaczyć. Na pana z wąsem zaczekałam za linią mety, by przybić z nim piąteczkę. Należała się, a jakże... W końcu najlepszy tegoroczny czas na dychę miałam w kieszeni.

DZIEŃ PO

W poniedziałek, dzień po zawodach, udałam się do Adidas Runners Warsaw na jeden z moich ulubionych treningów - GIRLS WORKOUT. Na ten dzień Julita zaplanowała podbiegi, Martyna zaś zbierała grupę, która w weekend biegała jakieś zawody. Rozsądek nakazywał, by takim osobom zorganizować rozbieganie.
- Ale biegłaś na 100%? - dopytywała Martyna, gdy i ja zgłosiłam się do jej grupy.
- Jak na moją aktualną formę - tak - odpowiedziałam.

No właśnie... Nieco śmiesznie brzmią moje aktualne wyniki i moje 100%, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w 2014 roku 10 km biegałam poniżej 50 minut (życiówka - 48:54), a 5 km poniżej 25 minut (życiówka - 23:50). Od tamtego czasu wydarzyło się jednak tyle złych rzeczy, że - by ocenić progres - bardziej miarodajne jest porównanie moich tegorocznych wyników z wynikami z roku 2016, kiedy to moje rozcięgna podeszwowe, jakby to mogła powiedzieć Julita Kotecka, rozłożone były na łopatki.


Bieg Konstytucji
5 km
GP Żoliborza, runda 2
10 km
Bieg Pilicy
10 km
2016
28:19
59:35
58:31
2017
27:56
57:25
56:40

I jak? Czy mniej śmiesznie to teraz wygląda?