poniedziałek, 24 października 2016

poradnik pozytywnego myślenia


Podczas wiosennych i letnich startów tak bardzo sfokusowałam się na tych cholernych stopach, że nie byłam w stanie napisać ani jednej relacji z biegu. A przecież te wiosenne i letnie imprezy biegowe wiązały się nie tylko z bólem. Te imprezy biegowe to również znakomite towarzystwo, fajna atmosfera i wiele innych wyjątkowych okoliczności. Powiedzmy: łagodzących. Sprawiających, że - aby zapomnieć o bólach życia codziennego - chce się w nich brać udział. Wciąż i wciąż. Wyjątek za wyjątkiem. Nawet jeśli nie ma się szans na życiówki i sensowną rywalizację. Tak po prostu... dla zabawy.

Opieprzył mnie ostatnio Piter za negatywne nastawienie i brak pozytywnego myślenia. Cóż... Wciąż jestem daleka od huraoptymizmu, ale... przeglądając niedawno biegowe zdjęcia z ostatnich paru miesięcy, postanowiłam zrobić coś na wzór fejsbukowego łańcuszka i wymienić minimum trzy pozytywne wydarzenia związane z poszczególnymi startami.

10.04.2016 - Wieliszewski Crossing 2016, runda wiosenna, około 14 km


Wymienienie trzech pozytywów Wieliszewskiego Crossingu to żaden wyczyn. Tu zawsze jest wspaniałe towarzystwo (wyczerpując ten temat, nadmienię, że punkt ten dotyczy wszystkich imprez biegowych, dlatego przyjmę go za oczywistość i więcej nie będę o nim wspominać), niezwykłe okoliczności przyrody, świetna organizacja i gorąca atmosfera. Mnie jednak wiosenna odsłona tegorocznego cyklu kojarzyć się będzie najbardziej z konkursem "Przyjaciel na trasie" i nagrodą fair play, którą po moim zgłoszeniu wygrała Ola. Uzasadnienie brzmiało następująco:

Sytuacja nr 1
Podczas biegu Ola zauważa, że mijana przez nas dziewczyna zwalnia, a następnie przechodzi do marszu.
- Coś ci jest? - Ola pyta dziewczynę, a dziewczyna odpowiada, że ma jakiś problem z nogą.
- Dasz sobie radę? Jakoś ci pomóc? - dopytuje Ola.
- Weź mnie na barana! - żartuje dziewczyna, a Ola...
- No to wskakuj! - Ola śmieje się i biegnie dalej dopiero, gdy upewnia się, że wszystko jest w porządku.

Sytuacja nr 2
Mnie i Olę mija chłopak.
- Ej! Masz rozwiązaną sznurówkę! - krzyczy za nim Ola.
- Wiem.
- No to ją zawiąż, bo się wywalisz!
Chłopak, nie słuchając Oli, biegnie dalej. Cóż... Nie wszyscy chcą słuchać dobrych rad.

Sytuacja nr 3
Jakieś 4 km od mety pytam Olę, czy ma chusteczkę, bo boli mnie brzuch i muszę iść w krzaki. Ola chusteczki nie ma, ale za parę chwil pomaga mi ją zdobyć.
- Nie czekaj na mnie! - krzyczę oddalając się w krzaki. Gdy wracam, Ola wciąż na mnie czeka. Nie bacząc na stratę czasu.

Sytuacja nr 4
Kilometr od mety Ola dostaje wiatru w żagle. Chciałabym za nią nadążyć, ale po wbiegnięciu na asfalt odzywa mi się ból pięty, z którym męczę się od ponad dwóch miesięcy. Jeszcze jakiś czas widzę jej coraz bardziej zmniejszającą się sylwetkę, aż w końcu zupełnie znika mi z oczu za zakrętem. Biegnę więc swoje. Mijam jeden zakręt, mijam drugi... Za trzecim jest już tylko ostatnia krótka prosta. Pokonuję ją... razem z Olą, która - ku mojemu zdumieniu - na tym ostatnim zakręcie postanowiła się zatrzymać i poczekać na mnie.



 13.04.2016 - GP Żoliborza, runda 1 - 5 km

Grand Prix Żoliborza to już - rzec by można - moja wieloletnia tradycja, a od jakiegoś czasu impreza biegowa "3 w 1". Tutaj:

1. kibicuję dzieciom,
2. jestem wolontariuszką,
3. uczestniczę w biegu.




  
01.05.2016 - II Zambrowski Bieg Uliczny, 10 km

 Bieg w Zambrowie odkryliśmy z Piterem w zeszłym roku i na stałe wpisaliśmy go do naszego kalendarza. Tegoroczny bieg to:
1. Piter w roli mojego prywatnego zająca (czas: "obym zmieściła się w godzinie"),
2. możliwość finiszu na stadionie miejskim,
3. nieoczekiwane spotkanie z Arkiem - kolegą z parkrunu.



03.05.2016 - XXVI Bieg Konstytucji, 5 km

Spośród wszystkich tegorocznych startów ten jakoś wspominam najmniej czule. Bo masówka, bo nie biegł nikt spośród moich najbliższych biegowych znajomych... Do tego fatalne samopoczucie. Jakby mi było mało problemów ze stopami, podczas majówki złapałam alergię na - jak się później okazało - alkohol połączony z sokiem jabłkowym. Spuchnięta, czerwona twarz, zsypana piekąco-swędzącą pokrzywką, pod wpływem potu i słońca (które tego dnia - jak na złość - przygrzewało bardzo intensywnie) piekła i swędziała dwa razy mocniej. Niemniej... dostałam ten pakiet w prezencie od Festiwalu Biegowego, więc nie wypadało mi nie skorzystać, a plusów upatrywać w tym, że:
1. ukończyłam,
2. przeżyłam,
3. ładny medal na zdjęciu uwieczniłam.

08.05.2016 - I Bieg Pilicy, 10 km

To jest Adaś. Adaś jest chrześniakiem mojego męża. Adaś mieszka w małym mieście koło Radomia, w którym niegdyś mieszkał i dorastał jego ojciec chrzestny. Adaś nie ma w tym mieście zbyt wielu atrakcji. Na szczęście w tym roku zorganizowano tam I Bieg Pilicy - imprezę biegową z prawdziwego zdarzenia. Dzięki temu Adaś mógł zadebiutować w biegach dziecięcych, a my mogliśmy mu kibicować i podziwiać, jak zdobywa swój pierwszy medal.

Super organizacja, symboliczna opłata startowa, bogaty pakiet startowy, biegi dla dzieci, biegi dla dorosłych, gorąca atmosfera, gorąca aura, a dla ochłody - w pakiecie kupon na lody. Bo Adaś mieszka w mieście, które słynie z produkcji przepysznych tradycyjnych lodów. Jedna kulka tych lodów to jedno pozytywne wydarzenie. A że tych kulek było więcej...
 


 
18.05.2016 - GP Żoliborza, runda 2, 10 km 
 
Jest się wolontariuszem - ma się chody u fotografa.  Ma się chody u fotografa - ma się zdjęcie obrobione w Photoshopie i "dopracowany makijaż" ;)

Bez zająca na czas "obym zmieściła się w godzinie" też można zmieścić się w godzinie :)
 
Niespodziewane spotkania z dawno niewidzianymi znajomymi są zawsze najfajniejsze.

21.05.2016 - Półmaraton Hajnowski

 

Gościnności mieszkańców Podlasia nie da się opisać w trzech punktach. Półmaraton Hajnowski to impreza tak wyjątkowa, że zasługuje na osobny wpis. W sumie naprawdę nie wiem, dlaczego nie chciało mi się napisać go wcześniej. Obiecuję nadrobić zaległości.

04.06.2016 - IV Klubowa Mila TTT

Klubowa Mila, czyli sztafeta organizowana przez Trucht Tarchomin Team, to od samego początku istnienia obowiązkowy punkt mojego kalendarza biegowego. Jej atutem od zawsze były:
- serdeczność gospodarzy, 
- śliczna trasa (las w Choszczówce) 
- kameralność,
- integracja biegaczy z Tarchomina i okolic.
Tegoroczne ognisko było prawdziwą wisienką na torcie.




 05.06.2016 - Bieg Truskawki, 10 km

1. Przepiękna trasa ścieżkami Puszczy Kampinoskiej co roku jest ta sama, ale nigdy się nie nudzi.
2. Daniem głównym menu regeneracyjnego co roku są truskawki, ale zawsze smakują rewelacyjnie.
3. Możliwość biegnięcia w parach sprawia, że panowie nie mogą zostawić daleko w lesie swoich pań.
4. Tegoroczny piknik w Truskawiu, wzmocniony "jagodzianką" (bynajmniej nie drożdżówką), był wyjątkowo udany.



31.07.2016 - Ultramaraton Powstańca, łącznie 63 km


Trzy pozytywne punkty Ultramaratonu Powstańca to:
1. Małgorzata,
2. Piotr,
3. Marcin.
W takim właśnie zestawie sztafeta Zabiegani po Uszy została zarejestrowana do biegu parę miesięcy przed imprezą. Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że zostanę wykluczona z biegania. Dwa dni przed Ultramaratonem Powstańca sytuacja wydawała się być klarowna: pobiegnie tylko Marcin i Piter, a ja - za zgodą organizatorów - pokonam trasę biegu na rowerze. Dzień przed brat jednak postanowił mi wysłać MMS-a ze zdjęciem naszych numerów startowych i z zapytaniem: "No i co? Nie pobiegniesz bądź przespacerujesz?" Nie opierałam się. W udziale przypadł mi pierwszy odcinek (najkrótszy, 7-kilometrowy). Ukończyłam go z trudem i jako ostatnia. Za to ze świadomością, że mam dwóch najwspanialszych mężczyzn w teamie.

14.08.2016 - Bieg na Wielką Sowę, około 10 km

Bieg na Wielką Sowę to:
wielka przygoda wielkiej czwórcy
wielki wypas w pakiecie

wielki sukces chrześnicy

możliwość wejścia na wieżę widokową - może i niewielką, ale za to ukazującą przepiękną panoramę Sudetów

9-11.09.2016, Festiwal Biegowy w Krynicy


Tegoroczny Festiwal Biegowy to:
1. Bieg w Krawacie na 600 m,
2. Bieg "1 km dalej od cukrzycy",
3. Runek RUN. Ale o tym już wiecie.








Tak, tak... te wiosenne i letnie imprezy biegowe wiązały się nie tylko z bólem stóp. Te imprezy biegowe to było również znakomite towarzystwo, fajna atmosfera i wiele innych wyjątkowych okoliczności. Powiedzmy: łagodzących. Sprawiających, że - aby zapomnieć o bólach życia codziennego - chciało się w nich brać udział. Wciąż i wciąż. Wyjątek za wyjątkiem. Nawet jeśli nie miało się szans na życiówki i sensowną rywalizację. Tak po prostu... dla zabawy. W rezultacie jednak ta zabawa i chwilowa poprawa samopoczucia opóźniły rekonwalescencję. Więc, chociaż serce się rwie, rozsądek każe nie robić już żadnych wyjątków. Do odwołania.

PS. Po raz pierwszy zdarzyło mi się nie ukończyć GP Żoliborza. Podczas rundy 3 (15 km) ograniczyłam się jedynie do wolontariatu.


Po raz pierwszy zdarzyło mi się nie wziąć udziału w biegach, na które byłam zapisana i które miałam opłacone. Podczas tegorocznego Biegu Marszałka oraz podczas rundy letniej i jesiennej Wielszewskiego Crossingu ograniczyłam się do kibicowania.



Pustkę po bieganiu wypełniłam jazdą na rowerze (dzięki której odkryłam "globusy" nad Wisłą i dotarłam wreszcie z mężem na pokaz fontann multimedialnych),


spływami kajakowymi (Pilicą, Bzurą, Bugiem),


bardziej statycznymi zajęciami fitness.


W sumie... To wszystko razem zebrane do kupy też sprawiło mi wiele radości.

środa, 12 października 2016

Małgośka mówią mi...

W zasadzie to nie biegałam w ciągu ostatnich paru miesięcy. W zasadzie to mocno ograniczyłam również inne niż biegowe treningi. W związku z powyższym przestałam bywać na blogu. No bo o czym tutaj pisać? Że stopy wysiadły mi po całości? Że wiosenne imprezy biegowe to była jedna wielka walka o ukończenie? Że 5 czerwca po przekroczeniu mety Biegu Truskawki zrezygnowałam ze wszystkich startów, na które byłam zapisana? Że wyjątek zrobiłam dla sztafety w Ultramaratonie Powstańca? Że przetruchtałam wówczas swoje najbardziej bolesne 7 km i jako ostatnia dotarłam do pierwszego punktu zmian? Że po chwilowej uldze ból stóp wracał jak bumerang, a jak nie to, to co innego? Że co się polepszy, to się popieprzy? No nie... Chyba szkoda by mi było czasu na takie publiczne uskarżanie się.

W zasadzie to nie biegałam w ciągu ostatnich paru miesięcy. W zasadzie to mocno ograniczyłam również inne niż biegowe treningi. Ale za to w sierpniu wyjechałam na wakacje do Międzygórza (wschodnia część Sudetów), więc może o tym powinnam była napisać? O tym, że pierwszego dnia odwiedziłam Sanktuarium MB Śnieżnej, a stamtąd Drogą Krzyżową doszłam na Igliczną (845 m n.p.m.)? O tym, że większą "drogą krzyżową" okazał się dla mnie powrót? Że schodzenie było bardziej bolesne niż wchodzenie i na dole czułam się jak z krzyża zdjęta?
O tym, że innego dnia wyruszyłam z Pasterki na najwyższy szczyt Gór Stołowych? Że zwiedziłam przepiękne labirynty skalne na Szczelińcu? Że ze Szczelińca doszłam do Karłowa, ale stamtąd to już brat musiał mnie zgarnąć samochodem, bo do Pasterki nie byłam w stanie wrócić?
O tym, że któregoś dnia pokusiłam się o zdobycie Śnieżnika? Że przepiękna trasa i niesamowity szczyt zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, ale po przebyciu 17 kilometrów musieliśmy łapać stopa, bym mogła wrócić do Międzygórza?
O tym, że - skoro już byłam w okolicy - pokusiłam się o Bieg na Wielką Sowę (9,6 km), który z założenia miał by dla mnie wielkim marszem? Że po drodze kilka razy omal się nie popłakałam z bólu? Że na szczyt udało mi się dotrzeć i że...

- A jednak nie jestem ostatnia! - wykrzyczałam przekraczając linię mety do męża, brata i chrześnicy.
- Jasne - potwierdził brat. - Za tobą są jeszcze osiemdziesięcioletnie dziadki.



Whatever... Te parę miesięcy i te krótkie, tygodniowe wakacje rozwiały moje złudzenia, że istnieje dla mnie jakakolwiek szansa na ukończenie Biegu 7 Dolin - 34 km, na który zapisana byłam od listopada, a o którym marzyłam od dwóch lat. Niemniej w czwartek 8-go września  około północy dotarliśmy z mężem do naszej kwatery w Krynicy, gdzie czekał już na nas mój brat wraz z kibicującą mu bratową oraz nasza koleżanka Renia.

- No i jakie masz plany na tę Krynicę? - zapytał Marcin, gdy przed snem zasiedliśmy przy piwku. Wiadomo było: brat i Renia atakują 100 km, mąż - jako debiutant w biegach górskich - powalczyć ma na 34 km, a ja...
- Bieg w Krawacie (600 m), Bieg Kobiet (600 m), Bieg Przebierańców (600 m), Bieg na 1 km - zaczęłam wyczytywać z folderu dystanse, którym byłabym w stanie sprostać. - Ale tych 34 kilometrów też nie odpuszczę. Wystartuję ze wszystkimi, a potem sobie połażę i pooglądam widoki. Dopóki sił mi wystarczy. Albo dopóki nie zdejmą mnie z trasy. Bo na przemaszerowanie całości w limicie nie widzę najmniejszej szansy. Coś czuję, że na pierwszym punkcie kontrolnym poproszę o odwiezienie mnie do Krynicy.
- Ale ten pierwszy odcinek biegu na 34 km nie jest specjalnie ładny - poinformował brat. - Może spróbujesz się przepisać na Runek RUN.
- Jaki Runek RUN? - zapytałam zdziwiona.
- No wiesz... Jesteś ambasadorem Festiwalu Biegowego  i nie wiesz, co to jest Runek RUN?

Nie będę się już rozpisywać w kwestii mojego zniechęcenia do tego całego ambasadorowania. W każdym razie... Po tym, jak jesienią i zimą zeszłego roku dokonałam wszelakich zapisów i innych zobowiązań ambasadorskich, moje zainteresowanie festiwalem mocno osłabło i nie zorientowałam się nawet, że w kalendarium Festiwalu Biegowego pojawił się jeszcze jeden dystans górski - 17 km ze Szczawnika przez Runek (1080 m.n.p.m) do Krynicy. Trasa Runek RUN pokrywała się z dwoma ostatnimi odcinkami Biegu 7 Dolin.

Zachęcona przez brata i męża w piątek po odebraniu pakietu startowego natychmiast przepisałam się z 34 km na 17 km. Na ten sam ruch zdecydował się również Michał - narzeczony mojej kuzynki Ani.

Wczoraj rzutem na taśmę zamieniłam Bieg 7 Dolin - 34 km na RUNEK RUN - 17 km. W moim przypadku będzie to, oczywiście, RUNEK SLOW WALK i nie sądzę, bym zmieściła się w limicie, ale co sobie zobaczę, to moje.
#ZamieniłStryjekSiekierkęNaKijek

W sobotę o godz. 14.00 spotykamy się z Michałem na miejscu zbiórki. Michał wciąż nie jest pewien, czy da radę.
- Ale nie zostawisz mnie, Gosia? - pyta mnie po raz enty, a ja po raz enty mu tłumaczę, że ja naprawdę nie mogę biegać, że będę jedynie maszerować i to też nie za szybko, że obawiam się, iż nawet nie zmieszczę się w 4-godzinnym limicie... Prawdopodobnie mówiąc to, popadam w lekkie zniecierpliwienie. Bo mam wrażenie, że niektórzy moje "nie mogę biegać" wciąż traktują jako kokieterię bądź jako wymówkę na wypadek, gdyby mi słabo poszło. Bo mam wrażenie, że niektórzy nie rozumieją, że jak mówię "nie mogę biegać" oznacza to ni mniej, ni więcej tylko to, że nie mogę biegać.

Około 15.00 docieramy autokarem do Szczawnika, gdzie siadamy sobie na trawce przy trasie i kibicujemy naszej rodzinie i przyjaciołom. Ze szczególną uwagą wypatruję brata, który ma za sobą już dwie nieudane próby ukończenia setki. Niestety nikt nie umie mi niczego konkretnego powiedzieć. Nikt z uczestników biegu na 34 km nie widział go w Piwnicznej. Myślę więc sobie, że dobrze mu idzie i jest gdzieś daleko przed nimi.

Kamil pobiegł, Natalia z Lisicą pobiegły, Edzia pobiegła, Łukasz z Ewą też, i Piter, i Ania... Punkt: Szczawnik. 17 km do mety. Mnie zostało jeszcze pół godziny wietrzenia stóp w oczekiwaniu na start.

Punkt 16.00 następuje start. Po godzinie marszu, po 5,5 km docieram w towarzystwie Michała (którego ewidentnie spowalniam) do Bacówki nad Wierchomlą. To nasz jedyny punkt kontrolny, a zarazem niezwykle wypasiony punkt odżywczy. Drożdżówki, ciastka, rodzynki, suszone morele, owoce, woda, izotoniki we wszystkich kolorach tęczy, a nawet napój przenoszący do "królewskiego rozmiaru" - Polo Cocta... No żyć - nie umierać!



- To ja już pójdę. I tak mnie zaraz dogonisz - mówię do Michała, który jakoś nie może odejść od stołów. Mówię i nie mylę się. Wkrótce Michał mnie dogania, mija i rzuca przez ramię:
- Musisz iść szybciej!
- Nie mogę.
- Musisz iść szybciej, bo nie zmieścimy się w limicie!
- Czy ty nie rozumiesz, że nie mogę iść szybciej niż mogę? - popadam w lekkie zniecierpliwione. Bo przecież mówiąc, że pewnie nie zmieszczę się w limicie nie kokietowałam i miałam na myśli ni mniej, ni więcej tylko to, że pewnie nie zmieszczę się w limicie. - Nie czekaj na mnie!

Tego akurat Michałowi nie trzeba powtarzać. Od tej chwili na Runka wspinam się sama. Mozolnie stawiam kolejne kroki, czasem przysiadam, by rozmasować stopy, czasem słyszę czyjeś słowa wsparcia. Mija druga godzina mojego marszu, gdy ktoś mnie pociesza:
- Teraz już będzie tylko z górki.
I faktycznie. Runek jest już zdobyty, drogowskaz pokazuje, że do Krynicy zostały mi 2 godziny i 15 minut, a w głowie kiełkuje myśl: "Gdybym tak jednak trochę z tej górki potruchtała, to może jednak zmieściłabym się w limicie..."

No więc przyspieszam, przechodzę do truchtu, sama nie wiem dlaczego, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Otuchy dodają mi inni, zupełnie obcy biegacze, otuchy dodaje mi piosenka. Jaka? Na drodze z Runka do Krynicy stoją dwaj kibice, obok nich samochód, a z samochodowego radia śpiewa do mnie Maryla Rodowicz: "Małgośka - mówią mi. - On nie wart jednej łzy, on nie jest wart jednej łzy..." No to nie mażę się, przybijam z chłopakami piątkę i truchtam dalej. Mijam tabliczkę z informacją, że do mety zostaje mi 5 km i truchtam dalej. Z truchtu wyrywa mnie dopiero dźwięk telefonu. To mąż. Chwali się, że został finisherem, pyta, jak się czuję, jak mi idzie, czy daję radę. Odpowiadam, ale bardziej mnie ciekawi...
- A jak Marcin? Skończył już?
- W sumie to nie wiem...
W sumie to nie wiem dlaczego, ale od tej pory ogarnia mnie przeświadczenie, że mój brat jest za mną. Być może nawet - tuż za mną. Zaczynam nawet snuć wizję, jak spotykamy się na tym ostatnim odcinku trasy i razem przekraczamy linię mety.

Tuż przed tabliczką oznaczającą 3 km do mety siadam po raz kolejny, by rozmasować stopy. W tej pozycji spotyka mnie Jola - koleżanka z Tarchomina. Pyta mnie, co i jak, opowiada o swoich problemach, sugeruje, że możemy doturlać się do Krynicy razem. Kończę więc masaż, wstaję, wykonuję kilka kroków. Ból stóp sprawia jednak, że...
- Ja już nie dam rady truchtać - informuję lojalnie Jolę i widzę, że nie uśmiecha jej się jednak czekanie na mnie. Jest mi trochę przykro, ale... - Do mety już niedaleko. Jakoś do niej dotrę. Ukończę ten bieg, choćbym miała doczołgać się na czworaka.

Tuż za tabliczką oznaczającą 3 km...
- Czy wszystko w porządku? - słyszę za sobą męski głos. Odwracam się, żeby coś odpowiedzieć, i widzę... nie, nie... nie mojego brata. Widzę kolegę z liceum, którego - nie licząc krótkiej chwili, gdy wyhaczyłam go w tłumie biegnących Orlen Warsaw Marathon - widziałam ostatnio na rozdaniu świadectw maturalnych. Nie kumplowaliśmy się w szkole za bardzo. Ba, chyba nawet niespecjalnie się lubiliśmy. Ale teraz idziemy ramię w ramię i rozmawiamy o moim starcie na 17 km, o jego starcie na 100 km, o tym, co u nas słychać, co porabiają nasi znajomi z liceum. Dzięki temu łatwiej jest nam znieść trudy tych ostatnich 3 km.
- Meta jest już tak blisko, że doczołgam się do niej nawet na czworaka - mówi Paweł. Tymczasem to ja - zagadana i nieskoncentrowana - padam na kolana.

Po pokonaniu ostatniego (stromego) zejścia z ulgą lądujemy w Krynicy i truchtamy w stronę deptaka. W połowie okrążenia spotykamy jego żonę i córeczki. Jedna z nich chce z nami dobiec do mety. Paweł bierze ją za rękę, ja - widząc, że on ledwo powłóczy nogami - chwytam ją za drugą. W ten oto sposób widzi nas tuż przed metą mój mąż. W ten oto sposób widzi nas konferansjer.



- Brawo mama! Brawo tata! - słyszę, kończąc bieg. Śmiać mi się chce. I z całej tej sytuacji, i z tego, że jednak zmieściłam się w tym cholernym limicie.

Tuż za metą dopadają mnie rozbawieni przyjaciele. Śmieją się z mojej nowej rodziny, cieszą z... powiedzmy... sukcesu. Mówią, że za chwilę na mecie powinien być mój brat. Niesamowite. Ja naprawdę podczas biegu czułam, że on jest gdzieś blisko. A myślałam, że taka intuicja dotyczy tylko bliźniąt. No chyba, że ci zodiakalni też się liczą.

A jednak w limicie...

Kończąc już tę "opóźnioną" relację... Kilka dni po festiwalu tabela wyników pokazała mi, że byłam najwolniejszą zawodniczką Runek Run. No cóż... Wiedziałam, że w końcu nadejdzie ten moment, że na mecie będę ostatnia, a przede mną będą nawet 80-letnie dziadki.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Narodowe Święto Kibicowania

Były plany na kibicowanie? Były. A zatem... Najwyższy czas, by się z tych planów rozliczyć.

Rozbieżność numer 1. Wstać miałam o godz.7.00. Zanim jednak punkt siódma zadzwonił budzik, zbudzona zostałam przerażonym głosem Pitera: "Cholera, zaspałem". Otworzyłam oczy, spojrzałam na zegarek... Było coś około 6.40. "Spokojnie. Masz jeszcze sporo czasu" - pocieszyłam go, chwilę jeszcze poleżałam, a potem pomogłam mu znaleźć foliową sukienkę, folię NRC, odprawiłam i - gdy zamknęły się za nim drzwi - wszystko już szło jak po maśleSzybka kawa (duża i nieczarna, ofkors) i szybkie śniadanko (a konkretnie - jajecznica... na maśle - ofkors). Po śniadanku szybka przebiórka w strój biegowy. Nie musiałam pamiętać o numerze startowym, o pasie na tenże numer i o wygodnych bezszwowych majtkach, ale... pamiętałam. Skoro miałam w planach trochę potruchtać, to... jasna sprawa... nie zechciałam założyć koronkowych stringów.

8.20. Na Moście Północnym wsiadłam do tramwaju nr 2 - kierunek Młociny. I tu kolejna rozbieżność. W tramwaju nie spodziewałam się zastać Emilki i jej synka Maksia. Dzień wcześniej napisała, że dojedzie do mnie dopiero na 20. kilometr. Uprzedzając fakty, spotkałyśmy się dopiero na 35-tym. Ale to, że umawianie się z Emilką to wyższa szkoła jazdy, to już zupełnie inna historia. W tramwaju czekał na mnie za to Radek z dwójką swoich dzieci. Razem udaliśmy się na mój pierwszy punkt kibicowania.

O 9.10 gdzieś u zbiegu Al. Szucha i Puławskiej, tuż przed skrzyżowaniem z Goworka, a konkretnie przed kawiarnią Grycan, spotkałam się z Hanią (domety.blogspot.com) i jej mężem Staszkiem. Razem popatrzyliśmy, jak biegnie elita (wtedy jeszcze nic nie wskazywało na taki, a nie inny wynik), a potem dopingowaliśmy znajomych. A znajomych było całe mnóstwo, więc - by kogoś nie pominąć - nie będę silić się na wyliczankę. Wyliczę za to kilka moich kibicowskich refleksji:
1. Pogoda może i nie była najłatwiejsza dla biegaczy, ale - zapewniam - kibicom doskwierała jeszcze bardziej.
2. "Super! Super! Jesteś zwycięzcą!", "Szybciej, szybciej! Nie poddawaj się!", "Meta już niedaleko! Jeszcze tylko 32 kilometry!", "Piąteczka z biegaczem! Piąteczka!" - wszystkie te hasła, które tak bardzo mnie irytują, dla wielu naprawdę okazały się przyjemną motywacją. Ba, to w większości przypadków, sami biegacze garnęli się do piąteczek. Wygląda na to, że to tylko ja jestem jakimś dzikusem.
3. W tym miejscu, o tej porze i przy tej pogodzie stężenie biegaczy było znacznie większe niż stężenie kibiców. Dlatego bardzo często to znajomi biegacze wypatrywali mnie szybciej niż ja ich. Muszę przyznać, że było mi równie głupio co przyjemnie, gdy co jakiś czas słyszałam swoje imię lub gdy ktoś podbiegał do mnie, żeby się przywitać.

Około godziny 9.45 klepnęłam w tyłek Pitera. Z szybkiego lodzika niestety nic nie wyszło. No wyobraźcie sobie, Grycan o tej porze był jeszcze zamknięty. Zresztą... Kto by się lodami objadał przy temperaturze 6 w porywach do 8 stopni Celsjusza.

Pożegnawszy się z Piterem - truchcik do metra. Następna stacja: Natolin, skąd udałam się na swój drugi punkt kibicowania. Gdzie to? Gdzieś na Rosoła, 20. kilometr. Patrz gitara nr 8. Wróć! Jaka gitara? No właśnie... Po przeanalizowaniu mapy maratonu spodziewałam się w tym miejscu jakiegoś zespołu. To miał być znak rozpoznawczy. No bo w jakim innym miejscu mogłaby się umawiać ze swoim mężem żona gitarzysty, jak nie gdzieś w pobliżu sceny? Na szczęście w połowie dystansu, ścisk wśród biegaczy był już znacznie mniejszy, więc wypatrywanie znajomych nie stanowiło problemu. Do niektórych coś pokrzyczałam, z niektórymi pogadałam, z niektórymi się nawet przeleciałam. W sensie: przebiegłam.

20. kilometr. Piter póki co zgodnie z planem. A ja zgodnie z planem zmykam na 35.

Około 10.45 pojawił się Piter. Potruchtałam chwilę obok niego, przekazałam mu żele, zamieniłam kilka słów. W drodze do metra wypatrzyłam jeszcze kilkoro znajomych (m.in. kolegę z liceum, którego ostatnio widziałam na rozdaniu świadectw maturalnych) i dalej - w nogi! Po części metrem, po części na własnych stopach udałam się na 35-ty kilometr i po raz trzeci ukazałam się oczom wielu znajomych. I oczom Pitera, ofkors.

Gdy przemieszczałam się ze zbiegu Spacerowej i Gagarina w stronę Stadionu Narodowego, już od dawna wiedziałam o sukcesie Artura Kozłowskiego i Henryka Szosta. Gdy przemieszczałam się ze zbiegu Spacerowej i Gagarina w stronę Stadionu Narodowego, miałam okazję pogratulować wielu nieznanym sobie osobom z medalami na szyi. Gdy przemieszczałam się ze zbiegu Spacerowej i Gagarina w stronę Stadionu Narodowego, miałam wreszcie jeszcze jedną refleksję związaną z kibicowaniem. Szczerze mówiąc bałam się wcześniej, że znudzi mnie ta zabawa, że znudzi mnie patrzenie, jak biegają inni, że będę pękać z zazdrości, że w czasie, gdy inni robią życiówki, ja przybijam piąteczki, tymczasem... sprawianie radości innym - sprawiło radość mnie, a ta ciągła gonitwa, przemieszczanie się i walka, by wszędzie zdążyć na czas - dostarczyło naprawdę sporej adrenaliny. Wpadając na metę (jak się zaraz okazało, jakieś 5 minut przed Piterem), pomyślałam sobie... Nie licząc nic nieznaczących rozbieżności, plan kibicowania zrealizowałam w stu procentach. To może ja się już zupełnie z tego biegania na to kibicowanie przerzucę?

- Biegnę na ostatnich nogach - oznajmił Piter, gdy złapałam go na 35. kilometrze.
- A masz jakieś inne? - zapytałam. - Z tego co wiem, masz tylko jedne. Pierwsze i ostatnie.

Coś na kształt uśmiechu pokazało się na twarzy Pitera. Ale to był raczej wymuszony uśmiech. Bo Piter nie musiał mówić nic, bym zorientowała się, że jest już zmęczony.

Koniec końców na metę wbiegł kawałek za chorągiewkami 04:15. Ale najważniejsze, że jest cały, zdrowy i (mimo wszystko) zadowolony z nowej życiówki.